Złe miłego początki, czyli spacer do Nadur i dalej, oraz smaki Gozo autorstwa Myszy.

Nury nury i po nurach… Mysz jest znów ze mną, i po raz kolejny ruszamy odkrywać uroki Gozo spacerując po szlakach. Dziś naszym pierwszym celem jest miejscowość Xaghra, znana ogółowi ze swej świątyni neolitycznej Ggantija i muzeum zabawek, a dla nas stanowiąca punkt wyjścia na obiecujący szlak do Nadur i dalej nad morze. Po drodze obiecujemy sobie ciekawe doznania kulinarne, ale o nich w dalszej części naszego wpisu.

Nadur

Może zacznę od wyjaśnienia, dlaczego początki były „złe”. Problemy dopadły nas już w Xaghra. Remont połowy miasteczka i częściowo nieczytelne tabliczki z nazwami ulic sprawiły, że nim trafiliśmy na  szlak trzeba się było nieco napocić i rozważyć kilka koncepcji awaryjnych. Na szczęście nie trzeba było żadnej wdrażać, i po pewnych perypetiach lądujemy na dróżce wiodącej wśród ogrodów do doliny oddzielającej Xaghra od Nadur. Pojawiają się oznaczenia i już wiemy że jesteśmy na właściwym szlaku.
Obraz 246_wmNadur rozciąga się przed nami jak na dłoni, cel wydaje się nieodległy a perspektywa fajna, i jak zwykle wtedy zaczyna się wszystko psuć. Najpierw znikają oznaczenia szlaku. Na skrzyżowaniu wybieramy złą drogę, zamiast iść prosto skręcamy w wyraźniejszą w prawo. Skutkiem naszej decyzji jest atak stada piesków broniących rozległych włości lokalnych farmerów. Na szczęście pojawia się właściciel stadka brytanów, który nie tylko je odwołuje, ale informuje nas także o naszym złym wyborze szlaku. Swoją drogą patrzy na nas trochę jak na kosmitów, ale piesze wędrówki nie są ulubioną aktywnością mieszkańców i turystów na Gozo, więc nic dziwnego że budzimy lekką konsternację u napotkanej ludności :-). Wracamy więc na szlak, idziemy spokojnie, ale droga okazuje się skręcać ku plaży Ramla, zostawiając Nadur po prawej, widzimy jego budynki na potężnym zboczu a przecież to właśnie on jest naszym celem, nie Ramla. Na nasze szczęście pojawia się kolejny miejscowy: Obraz 250_wm

Dziadek informuje nas by udać się wąską ścieżką do góry i dojdziemy do Nadur bez problemów. Tak tez czynimy. Wspinamy się do góry i otwierają się przed nami całkiem ładne widoki na mijane okolice. Widać też zatokę Ramla, popularną wśród plażowiczów, dla nas klimaty leżakowo – parasolowo – parawanowe nie są koniecznie pociągające.
Obraz 252_wmNiestety po kilku kolejnych minutach ścieżka kończy się, a zaczynają ogródki mieszkańców Nadur. Tu mała uwaga: na Malcie i Gozo własność prywatna jest święta, zdarzały się przypadki naprawdę nieciekawe dla naruszających ją turystów, a czasami jest o to łatwo, gdyż droga potrafi się skończyć na środku prywatnej działki. Wspominają o tym przewodniki i fora podróżnicze. Nic więc dziwnego że jesteśmy niezbyt zachwyceni koniecznością przedzierania się przez cudzą własność, mimo że staramy się nic nie uszkodzić. Po kilkunastu minutach szukania drogi, która nie chciała się pojawić decydujemy się wrócić na dół. Jak się później okazało byliśmy o krok od rozwiązania problemu. Jednak o tym nie wiedzieliśmy. Wracamy na dno doliny i idziemy w niezbyt dobrych humorach ku Ramla. Nie poprawia nam nastroju nawet pomocny dziadek, który po zauważeniu naszej małej porażki wsiadł na motor (równie stary co jego właściciel) i przejechał w górę przez ogródki, chyba by pokazać nam że tak właśnie można, po czym wyjechał na ukrytą drogę. Jak wykazało późniejsze rozpoznanie tematu wśród Maltańczyków , mimo że nie lubią naruszeń prywatnej własności czasami taka jest dopuszczalna, gdy drogi ewidentnie brakuje, a taka właśnie sytuacja była tutaj. Dla nas jednak już mleko się rozlało i idziemy w stronę Ramla. Nie dochodzimy do samej plaży. Odstraszają nas od tego tłumy typowo plażowych „bywalców”. Obieramy więc kierunek na Nadur, tym razem już wyraźną i szeroką drogą. Trafiamy tam gdzie chcieliśmy, czyli do Mekren’s Bakery. O tym czym to miejsce jest i czego można oczekiwać po kulinariach na Gozo napisze Wam w drugiej części wpisu Mysz. Ja powiem tylko tyle: było warto! Nasz cel na popołudnie to któraś z uroczych zatoczek w okolicy Nadur. Ramla jest już wykluczona, rozważamy San Blas i Dallet Qhorrot. Wzbieramy tę ostatnią kierując się opinią z przewodnika wspominająca iż nie odwiedzają jej turyści, a i miejscowych poza weekendami praktycznie tam nie ma. Mamy więc szansę na całą zatoczkę dla siebie i jak się okazało było bardzo do tego blisko. By tam dotrzeć ruszamy spod szkoły w Nadur kierując się drogowskazami. Tym razem sprawa jest prosta, nawet nie wyjmując mapy można trafić bez problemu. Idziemy wśród cytrynowych gajów i uroczych ogródków, po dwóch kilometrach otwiera się naszym oczom taki oto widok: Obraz 259_wm

Dallet Qhorrot

Już wiemy jak będzie 😉 Schodzimy na dół, do zatoczki, w zasadzie dzielimy całkiem spory kawał terenu tylko z trzema osobami, z których dwójka to freediverzy którzy szybko poszli pod wodę 😉 Nie ma tu wprawdzie plaży piaszczystej, ale jest cała masa płaskich miejsc gdzie można się rozłożyć, jest tez kapitalna woda. Niesamowita widoczność, leżące w morzu głazy tworzące tunele i tajemnicze zatoczki. Snorkeling jest tu kapitalny. Ogólnie całe otoczenie sprawia że czujemy się tu jak w tropikach, brakuje tylko palm. Surowe skały kontrastują z soczysta zielenią roślin, do tego niesamowity błękit nieba, Słońce i woda. Czysty raj! Zresztą popatrzcie sami:
Obraz 260_wmObraz 263_wmObraz 265_wmObraz 266_wmObraz 271_wm

I jeszcze zdjęcie „nowofalowe” :-)) : Obraz 268_wm
Nad zatoczką siedzimy kilka godzin, oczywiście korzystając z dobrodziejstw zarówno Słońca jak i wody. Niezapomniane chwile, jednak wszystko co dobre ma swój koniec. Czeka nas niestety powrót. Ostatnie spojrzenia na naszą zatokę i obietnice że tam wrócimy:
Obraz 275_wmObraz 276_wm

Wracamy tą samą drogą, w Nadur łapiemy autobus do Marsalforn, za nami intensywny i niezapomniany piątek. Jutro ostatni pełny dzień na Gozo. Tymczasem wspominamy wrażenia z Mekren’s, ale o przysmakach Gozo opowie Wam teraz Mysz:

Smaki Gozo

 

Witam! 😉

Skupię się dzisiaj na paru nielicznych (z naprawdę licznych), tradycyjnych potrawach z Gozo, których mieliśmy niewątpliwą przyjemność spróbować. Kuchnia Wysp Maltańskich jest z racji bujnej historii archipelagu zlepkiem różnorodnych smaków Śródziemnomorza. Nawet pory roku determinują smaki i kompozycje dań (wspomnę o słynnej rybie lampuki, która migruje wzdłuż brzegów Malty jesienią i najcześciej wtedy można się zajadać nią w formie upieczonej lub służącej jako nadzienie do lampuki pie, pełnego pomidorów, szpinaku, oliwek i cebuli). Kuchnia sama w sobie pomimo swej prostoty jest niesamowicie aromatyczna i przepyszna. Postaram się przybliżyć Zainteresowanym kulinariami te najbardziej charakterystyczne potrawy. Sami ich skosztowaliśmy i to samo polecamy uczynić wszystkim, którzy po powrocie będą chcieli powiedzieć znajomym i rodzinie, że „naprawdę” byli na Gozo.

FTIRA:

(zdj Michael Caroe Andersen)

rodzaj lokalnego (wybornego) pieczywa nasączonego delikatnie oliwą i sosem pomidorowym, nadziewanego wszystkim, co najbardziej typowe dla lokalnej kuchni: sardelami bądź tuńczykiem, ziemniakami (!), kaparami, oliwkami, suszonymi pomidorami czy też gozitańskim serem. Każda ftira zaskakuje inną mieszanką wymienionych składników. W Mekren’s Bakery znajdującym się w Nadur przy Hanaq St. nieopodal przystanku udało się nam zamówić, a następnie obserwować powstawanie naszej pizzy ze składnikami na ftira. Smak obłędny! Za 6euro otrzymaliśmy słusznej wielkości zbożowy placek, a na nim cale mnóstwo sardeli, kaparów, plastrów opiekanych ziemniaków, oliwek doprawionych solą, pieprzem, oregano i cebulką. Palce lizać. Nie byliśmy w stanie zjeść za pierwszym razem, ale mieliśmy wyborną przekąskę na zimno tuż po snorkelingu w Dahlet Qorrot. Do Mekren’s Bakery udało się nam trafić dzięki przewodnikowi Bradt. Początkowo za cel mieliśmy nieco słynniejsze i cóż- odrywające pewne kupony z owej sławy- Maxokk Bakery. Zawsze lubię robić nieco na przekór, więc namówiłam Marcina na wizytę w Mekren’s. Z Bradt’a dowiedziałam się, że to właśnie w tym ostatnim jest tłoczno, bardzo tardycyjnie i że to właśnie tam zaopatrują się miejscowi w chleb i inne pyszności. U konkurencji też niby tradycyjnie, ale już na zasadzie mini-restauracji nastawionej na turystów. Mój wybór był dobrym wyborem. Polecamy Mekren’s za jej klimat, to, co tam można zjeść, ceny i głównie dlatego, że miejsce jest „prawdziwe”- bez sztuczek, żeby zadowolić znudzonych wczasami turystów z cywilizowanej (phi…!) Europy i nie tylko.

Tutaj link do fanpage  Mekren’s na którym znajdziecie mapkę dojazdu i ofertę: http://www.facebook.com/mekrensbakery/

QASSATA:

rodzaj słonego ciastka, w którego wnętrzu znajdziemy rozpływające się w ustach farsze z sera ricotta lub szpinaku, groszku, tuńczyka, sardeli a wszystko w towarzystwie kaparów, oregano i pieprzu. Na zewnątrz rumiane i chrupiące, wewnątrz miękkie i aromatyczne. Można dostać ciastka z różnymi kombinacjami nadzień- za każdym razem smaczne, czy to na ciepło, czy też na zimno. Osobiście polecam zamienić wszystkie te frytki, hamburgery i oklepane frutti di mare pasta- dostępne chyba w każdym zakątku świata na opisane smakołyki. To są klasyczne i tradycyjne smaki Gozo i Malty. Tego trzeba spróbować, żeby po powrocie można było sobie powiedzieć: byłem tam i każdym zmysłem mogłem to miejsce poznać 🙂

PASTIZZI:


(zdj Charles Haynes)

słona przekąska z warstwowego, łuszczącego się ciasta w stylu francuskim. W środku do wyboru: groszkowe puree lub ricotta. Formowane na ogół w dwa kształty, w zależności od rodzaju nadzienia- trójkątne z groszkiem, wrzecionowate (bez skojarzeń, proszę..;) )z serem. Mnie najbardziej zaskoczył smak tej drugiej. Spodziewałam się czegoś słodkiego i dobrze znanego (drożdżówka z twarogiem) a tu miła niespodzianka! Ricotta jest lekko słona! Pyszne! UWAGA! oba uzależniają i… tuczą. Ale to i tak nas nie powstrzymuje i praktycznie codziennie delektujemy się ciastkami pełnymi kalorii… 😉 PS. te najbardziej puszyste można kupić i skonsumować na miejscu obok knajpy Crystal Palace lub w samym Crystal Palace, ale to już na  Malcie. Adres: St Paul Street w Rabacie, tuż przy Domus Romanus i parkingu w pobliżu murów Mdiny. Turystów niewiele, natomiast wielu miejscowych popijających kawę z mlekiem ze szklanek (prawie jak u nas).

Oprócz wymienionych w przyulicznych sklepikach lub jadłowozach mieliśmy okazję kupić inne przekąski: pizza na kawałki, duże a’la pierogi (lub syryjskie fataier) z wegetariańskimi lub mięsnymi farszami. Najlepsze serowe lub z wołowiną. Takie jedzenie jest wysokoenergetycznym, ale też najlepszym rozwiązaniem dla podróżujących, którzy mają mało czasu na gotowanie. Jedzenie z pastizzerii jest świeże, ciepłe i smaczne- można kupować bez obaw. Dodatkową zachęta jest  cena i fakt, że miejscowi bardzo chętnie robią tam zakupy. Lepszej reklamy już zatem nie potrzeba. Gdy miałam wystarczająco dużo czasu szalałam w kuchni. Naszym małym rytuałem i celebracją dobrze spędzonego dnia była kolacja z duszonej bardzo długo w oliwie i na wolnym ogniu ośmiornicy.
Obraz 286_wm
Były też owoce morza z oliwkami i makaronem. Do tego tylko sól, pieprz prosto z młynka, czosnek i tymianek. Smak i zapach, który już na zawsze będzie mi się kojarzył z tamtym słonecznym zakątkiem na Ziemi. Pełnia w prostocie. Kocham to… tak samo jak pokochać można prawdziwy maltański chleb. Z grubą, chrupiąca skórka i wnętrzem wilgotnym i puszystym. Nie odmawiajcie sobie tej przyjemności 🙂

Poniżej przedstawiam Wam pozycje kulinarne z przewodnika Bradt, które mam nadzieję spróbować w przyszłości i polecam też Wam. Póki co czekamy, aż minie tzw. „boom” na Maltę wśród turystów dotkniętych owczym pędem i potrzebą bywania w aktualnie modnych miejscach (w przypadku Malty to sami profani…):

  • ALJOTTA: tradycyjna zupa rybna,
  • MINESTRA: lokalny, nieco gęstszy odpowiednik włoskiej, warzywnej zupy minestrone,
  • SOPPA TA L-ARMLA(WDOWIA ZUPA): zupa tania w przygotowaniu; z ziemniaków, kalafiora, cebuli i świeżego, lokalnego sera, czasem z wkładką z jajka,
  • FENEK: królik pod każdą postacią,
  • ZALZETT TAL-MALTI; maltańska, gruborozdrobniona wieprzowa kiełbasa,
  • RAVJUL: pierożki z wszelakimi nadzieniami,
  • GHAGIN IL-FORN: zapiekany makaron; z serem, sosem pomidorowym i mielonym mięsem,
  • ROS IL-FORN: jak powyżej, tylko zamiast makaronu ryż,
  • HAXIX(wym.haszisz tzn. warzywa 🙂 )MIMLI: nadziewane warzywa: bakłażany, papryki liście kapusty etc; jako nadzienie mielone mięso, sery, zioła.

To tylko niektóre propozycje. Jeśli natraficie na takie w kartach restauracyjnych, warto się skusić! Powtarzam! Fish&chips są wszędzie. Niech Wasze kubki smakowe nacieszą się czymś niepowtarzalnym 🙂

W tym momencie pragnę zwrócić Waszą uwagę na produkty regionalne z Gozo, które udało się nam zakupić w jednym z supermarketów Lighthouse Supermarket w Marsalforn przy Triq Il-Qbajjar. Z wielką radością nabyliśmy autentyczne, gozitańskie wyroby dla siebie i znajomych. Z całą gamą produktów marki Gozo Cottage można zapoznać się pod tym linkiem: http://www.gozocottage.com/

My przywieźliśmy: carob syrup (syrop ze strąków chleba świętojańskiego; na przeziębienie), prickly pear marmelade (dżem z owoców opuncji; szczerze…? szału nie ma 🙂 coś jak dżem z brzoskwiń, ale ja nie lubię dżemów, więc brak zachwytów z mojej strony), Ggantija olive oil (nierafinowana, wspaniała oliwa z ręcznie zbieranych owoców krzaków oliwnych z Gozo; smak zdecydowany, nieco cierpki, pełny; bogata w garbniki i naturalnie występujące woski- samo zdrowie w każdej zielonej kropli), gbejna (pakowane hermetycznie, gozitańskie serki; czyste, w ziołach lub pieprzu).

Oprócz tego na uwagę zasługują fantastyczne likiery Ambrosia- również regionalny produkt- o wielu smakach typowych dla Gozo, jak: opuncja, figa, cytryna, ale też ananas czy miód.Parę buteleczek tego eliksiru bogów nabyliśmy 🙂  polecam!

ambrosia

Jeśli ktokolwiek z Was jest smakoszem piwa i ponad wypijane ilości czy voltaż przedstawia walory smakowe tego płynu, bardzo gorąco polecamy piwa z małych rzemieślniczych browarów (tak, są takowe na Gozo). Delektowaliśmy się bardzo dobrymi chmielowo-słodowymi kompozycjami z Lord Chambray Brewery (http://www.lordchambray.com.mt ). Butelki piwa z tego browaru zakupić można w Lighthouse Supermarket. Wszystkie ich rodzaje to piwa craftowe: Golden Bay (styl blonde ale), San Blas (styl APA), Fungus Rock (styl milk stout), Blue Lagoon (styl wittbier).

lc

We wspomnianym markecie można kupić praktycznie wszystko, czego potrzeba na krótki, czy też dłuższy pobyt w mieście. Bez żalu porzuciliśmy wszystkie lidle i temu podobne. Jeśli chodzi o najlepszy sklep na samej Malcie to polecamy Smart Supermarket Ltd znajdujący się w Birkirkara przy Naxxar St. Wybór towarów porażający!!! Nasze polskie Almy niech się chowają, również ze swoimi chorymi cenami…

SMACZNEGO PODRÓŻOWANIA PO MALCIE I GOZO!! 🙂