Witaj Sumatro! Bukit Lawang na dzień dobry.

Po raz pierwszy znalazłem się w Indonezji trochę przez przypadek. Nie wypaliła mi wiosenna podróż do Tajlandii, musiałem zmienić plany, szukałem inspiracji na październikowy wypad i dzięki sugestiom Jacka Stefańskiego z nieocenionego forum Travelbit, oraz pomocy użytkowników tam piszących wybrałem Indonezję. Był to „strzał w ciemno”. Bardzo mało wiedziałem o tym kraju, i myślałem raczej stereotypami, a te oczywiście kręciły się wokół Bali, wulkanów i Javy. O innych wyspach nie wiedziałem prawie nic. Październik to już praktycznie początek pory deszczowej na Małych Wyspach Sundajskich, więc odpuściłem klasyczną trasę Bali – Lombok – Sumbawa – Flores. Zamiast niej zdecydowałem się na jedną z mniej docenianych ( a niesłusznie) wysp w Indonezji, mianowicie Sumatrę. To okazało się trafieniem w 10! Spędziłem tam niezapomniane trzy tygodnie i chciałbym Wam troszkę o nich opowiedzieć.

Do mojego celu dostaję się lekko okrężną drogą, mianowicie przez Londyn. Dlaczego tak? W 2010 roku korzystnych cenowo połączeń do Azji z Polski i okolic było jak na lekarstwo. Z Londynu natomiast latała Air Asia X. Był to taki długodystansowy odpowiednik tanich malezyjskich linii Air Asia i oferował świetne ceny na przelot. W lutym dostałem na październik bilet w cenie 1100 zł w dwie strony z dolotem do Kuala Lumpur w Malezji, skąd do Medan na Sumatrze jest rzut beretem. Obecnie ten przewoźnik do Europy już nie lata, za co można głównie podziękować eurokratom i ich polityce podatkowo – klimatyczno – opłatowej. Do Londynu poleciałem z Krakowa EasyJetem za niecałe 100 zł w jedną stronę, tam spędziłem jeden dzień na odwiedzaniu moich ulubionych londyńskich muzeów, na czele z Imperial War Muzeum. W oznaczonym na bilecie czasie pojawiłem się na podlondyńskim lotnisku Stansted i zająłem miejsce w samolocie. Mimo opowieści o ciasnocie i nie najlepszych warunkach lotu tym przewoźnikiem podróż minęła praktycznie bez żadnych problemów, w nocy krótka drzemka, a po uwzględnieniu zmiany czasu jestem po południu w Kuala Lumpur. Nocuję w Tune Hotel przy lotnisku, jestem śpiący, mimo to czekam do zmroku i zasypiam, rano budzę się wypoczęty a jetlag mi nie grozi. Hotel jest około 200 metrów od terminala z którego mam samolot Air Asia do Medan. Koszt – całe 8 dolarów 🙂 W Medan ląduję na starym lotnisku Polonia (obecnie Medan ma już nowe lotnisko Kualanamu, a Polonia jest zamknięta, Kuala Lumpur przeniosło loty Air Asia na nowy terminal KLIA 2). Pierwsze wrażenie z Indonezji? Gorąco! Dookoła mnie tłumek uśmiechniętych ludzi, szybko kupuję wizę i idę odebrać plecak. Pojawił się oczywiście osobnik z ichniej służby celnej. Nie mają oni najlepszej renomy, ale ten okazał się nieszkodliwy. Szybko załatwiam formalności, wymieniam trochę gotówki by mieć na dojazd do mojego celu i łapię taksówkę. Nie był to może najtańszy, ale za to najszybszy środek lokomocji, a mnie zależy na czasie, bo jeszcze tego samego dnia chcę znaleźć się w Bukit Lawang, gdzie poznam bliżej mieszkańców lasu równikowego.
Taksówka zawozi mnie na dworzec autobusów. Autobus w pełni w trzecioświatowych klimatach. Szyb jest niewiele, ale dobrze bo naród pali papierosy jak smoki, drzwi brak, tłum spory i z żywym inwentarzem jak najbardziej podróżujący 😉 Do tego kierowca raczył nas indonezyjskim popem z radia puszczonego na full, ale na szczęście w połowie drogi wysiadło, co jednak nie przeszkodziło dalej cieszyć się podróżnym muzyką – objawił się „chłopiec z gitarą” i zawadiackim wąsem ozdabiającym facjatę. Nie tylko grał, ale i ku mojemu przerażeniu zaczął śpiewać, co jednak spotkało się z aplauzem pozostałych podróżnych, a z czego wynika że albo nie mam słuchu muzycznego, albo nie rozumiem przekazu indonezyjskiej muzyki popularnej, bo za cholerę nie mogłem się przekonać do jego talentu. Ale przynajmniej było jak w radzieckiej komedii: „i smieszno, i straszno” 🙂
W takich oto pięknych okolicznościach przyrody dotarłem do Bukit Lawang. „Dworzec” autobusowy mieści się nieco na uboczu (i dobrze), do mieściny można więc dotrzeć pieszo lub pojazdem zwanym tu „becak” a jest to motocykl z ławką dla pasażera z przodu lub z boku. Taka swoista motoriksza. Oczywiście jako jedyny biały z autobusu stałem się od razu celem, cóż, miałem trochę czasu i byłem ciekaw jak na Sumatrze lud podchodzi do targów, okazało się że podchodzi jak najbardziej 😉 z 10000 rupii robi się 1000, a ja jadę do mojego hostelu. Nie rezerwowałem wcześniej. Po prostu wypisałem kilka adresów z przewodnika i chcę zobaczyć jak to wygląda na miejscu, ale zostaję już w pierwszym, mianowicie Wisma Leuser Sibayak. Zachwycił mnie klimat i ludzie na jego tarasie, gdzie trwała w najlepsze nasiadówa z gitarą, jedzeniem i wypitkiem i tam już zostałem. Tu link do jego opisu na Tripadvisor: http://www.tripadvisor.co.uk/Hotel_Review-g680012-d3482605-Reviews-Wisma_Leuser_Sibayak-Bukit_Lawang_North_Sumatra_Sumatra.html Miejsce okazało się wcale przyjemne i jak najbardziej backpackerskie. Pokoje czyściutkie, zaplecze sanitarne także, opcje na pyszne jedzonko na tarasie i czego chcieć więcej?
pic_0009_wm Znajduję tam tez przewodnika, chcę na dwa dni udać się do dżungli, przewodnikiem będzie brat właścicielki, który jest równocześnie rangerem, czyli strażnikiem parku Gunung Leuser, a cały trek z noclegiem i jedzonkiem będzie kosztował mnie 40 euro, tyle że już po targach i w walucie miejscowej. Spędzam sobie noc na integracji z załogą hoteliku, dwoma Francuzami nocującymi tam i bliżej nieokreśloną liczbą ludzi swobodnie krążących po okolicy 🙂 Rano dzielny, wypoczęty i bez bólu głowy ruszam z moim przewodnikiem na szlak. Zdecydowałem się na opcję z noclegiem w szałasie, gdzie ma czekać na nas jedzenie, więc nie mamy tragarza itp. balastu, idzie się szybko. Mój przewodnik ma dużą wiedzę na temat roślin rosnących w dżungli, a jest co oglądać. Co jakiś czas napotykamy drzewa – olbrzymy, pic_0013_wm
pokonujemy sporo strumyków, a profil treku to typowe „góra -dół”. Naszym głównym celem jest zobaczenie orangutanów. Te człekokształtne małpy żyją na Borneo i Sumatrze w niewielkiej liczbie, dla wielu osób są głównym celem podróży tutaj, w Gunung Leuser jest ich stosunkowo dużo, można je tam spotkać na specjalnych platformach gdzie są dokarmiane, my jednak liczymy na spotkanie w dżungli.
Zanim jednak je napotkamy pojawiają się sympatyczne Thomas Leaf monkey, czyli langury (Presbytis thomasi) . Te tutaj są całkiem przyjazne i niezbyt płochliwe, nic dziwnego że zabawiam spory czas na ich oglądaniu.

pic_0016_wmpic_0017_wmpic_0019_wm Trzeba jednak ruszać dalej. Po kilku godzinach wreszcie są. Orangutany, samica z młodym. Nie jesteśmy przy niej sami, spotykamy tam też sympatyczną Szwajcarkę z jej przewodnikiem. Samica daje się zbliżyć do siebie, ale trzeba zachować ostrożność. To było nasze najbliższe spotkanie. Wieczorem widziałem jeszcze samca, ale był dobrze zamaskowany w koronie drzewa, tu natomiast nacieszyłem się kontaktem z tym inteligentnym, ale jakże zagrożonym prze z człowieka i jego działania gatunkiem. Niestety, mój aparat to nie był „król dżungli” i bez lampy błyskowej na niewiele pozwolił. Tym niemniej…
pic_0031_wmpic_0029_wmpic_0028_wm
Na noc zatrzymujemy się w szałasie, jest już ciemno, a ja jestem solidnie zmęczony więc szybki posiłek, szybkie mycie i lulu. Następnego dnia już nie spotykamy orangutanów. Są za to ptaki, z płochliwym ale pięknym dzioborożcem na czele, droga wydaje się nieco łatwiejsza. Spotykamy na niej makaki. Jednak przewodnik ostrzega że mogą być agresywne, więc unikam bliższej interakcji.
pic_0033_wm Trek powoli zbliża się ku końcowi, sama dżungla sumatrzańska zrobiła na mnie duże wrażenie. Nic nie przebije spotkania z orangutanami, ale warto ją odwiedzić. Z braku czasu nie pozwoliłem sobie na dłuższy, sześciodniowy trek do Ketambe, gdzie jest szansa na spotkanie większej ilości zwierząt i bardziej zróżnicowane krajobrazy. Jednak wierzę że na Sumatrę wrócę i nadrobię tę zaległość. Tym razem już nie sam a z Myszą. Wracamy jednak do hotelu. Na miejscu – a jakże, nasiadówa na tarasie, jednak ja zabawiam tam krótko i idę spać. Dwa dni intensywnego marszu w dżungli trochę zaszły mi za skórę, nie na tyle by się wyczerpać, ale to „przyjemne zmęczenie” pozostało. Następnego dnia ruszam do Berastagi, gdzie przyjdzie mi się spotkać z wulkanem… Na pożegnanie z Bukit Lawang zostaje zdjęcie tego oto mieszkańca dżungli w pełnej okazałości: pic_0035_wm

  • A jak nocowanie w szłasie?
    Wpis jak najbardziej zachęcający do wybrania się w to miejsce.

    • Takie noclegi rządzą 🙂 Nie trzeba super hotelu, liczy się klimat miejsc. Sam szałas był raczej mało fotogeniczny, ot, platforma z daszkiem, ale za to jak nocą „gra” dżungla, muzyka niesamowita, cały czas coś słychać. Wspaniałe uczucie!

      • Właśnie tej nocnej melodii dżungli jestem ciekaw. Muszę taki nocleg sobie sprawić 🙂

        • Koniecznie sprobuj. Z dawnych czasow kojarzyl mi sie taki nocleg na Ko Chang czyli niedaleko Ciebie ale polnoc Tajlandii czy Laos tez maja fajne lasy. Polecam bo to niesamowita sprawa.

  • Miałam okazję spać w takim szałasie przez 3 tygidnie w dżungli południowoamerykańskiej – po powrocie do domu miałam problemy z zasypianiem bez nocnego akompaniamentu żab, owadów i ptactwa 🙂

    • Otóż to… Brakuje właśnie tego, muzyki dżungli, zapachu i kontaktu z przyrodą. Zazdroszczę Ci, ale w taki pozytywnym sensie, tej dżungli południowoamerykańskiej. Ten kontynent i jego przyrodę chcę zobaczyć bardzo, na razie czekają nas mocne zmiany życiowe, ale po ich ustabilizowaniu za jakiś czas może uda nam się wybrać i poznawać nieodwiedzane rejony z większą częstotliwością.