Tomia – Perła Wakatobi

„Stolicą” Wakatobi jest miasteczko Wanci leżące na wyspie Wangi-Wangi. Przybywam tu po 12 godzinach rejsu. Tu należy Ci się czytelniku małe wyjaśnienie: nazwa „Wakatobi” jest nazwą popularną, pochodzi od pierwszych liter nazw głównych wysp archipelagu Tukangbesi. Te nazwy to: Wangi-Wangi, Kaledupa, Tomia i Binongko. Pierwsze dwie litery nazwy każdej z nich dają nazwę zwyczajową archipelagu. W Indonezji równolegle używa się nazwy bardziej poprawnej, czyli Tukangbesi. Zachodnia literatura podróżnicza i fora niemal bez wyjątku stosują nazwę Wakatobi, więc przy niej pozostanę.
„Stolica” to dużo powiedziane. Miasteczko niby rozciągnięte terytorialnie, dysponuje nawet własnym lotniskiem, ale w gruncie rzeczy jest bardzo skromnym ośrodkiem. Jest tam kilka szkół, bankomaty – nie zawsze działające, dwie przystanie promowe, sporo knajpek, apteka, kilka w miarę solidnie zaopatrzonych sklepów. W porcie nocą jest niezwykle ciemno i trzeba bardzo uważać. Pomosty są absolutnie niezabezpieczone, za to niebo widziałem tam kapitalne. Rzadko kiedy centrum Drogi Mlecznej prawie w zenicie robi takie wrażenie.
Miasteczko ma też kilka hoteli, ale dzięki „wywiadowi środowiskowemu” wiem, że nie ma sensu spodziewać się tam sensownych warunków. Zamiast tego wybieram opcję spania w domu gościnnym. Jest to forma noclegu często spotykana na mniejszych wyspach Indonezji. Polega to na pobycie w domu prywatnym, w którym właściciel udostępnia jeden lub kilka pokoi gościom. W języku indonezyjskim nazywa się to „penginapan”. Wybieram penginapan Jelli, gdzie po niewielkich negocjacjach otrzymuję wygodny pokój z klimatyzacją za 70000 rupii.
DSCF1386_wm Oczywiście propozycji tej formy noclegu nie znajdziecie w Lonely Planet. Na samym końcu cyklu z Sulawesi, we wpisie praktycznym podam nazwy podobnych miejsc noclegowych w Wanci, ale o ich położenie zawsze trzeba pytać miejscowych. To od nich zresztą dowiedziałem się o istnieniu mojego domu gościnnego. W Wanci oczekuję 30 godzin do wypłynięcia łodzi, którą popłynę na wyspę Tomia. Mam więc cały dzień na plażowanie. Plaże na Wangi Wangi są i jest ich sporo. Wybieram tę położoną w pobliżu Waha, 4 km na północ od Wanci. Docieram na nią korzystając z podwózki. Podwózka, zwana tutaj „ojek”, to najczęściej lokalny obywatel na motocyklu ;-). Można zatrzymywać każdego, najczęściej chcą dorobić. Koszt 3000 rupii za krótką podwózkę, dłuższe oczywiście nieco drożej. Plaża zaczyna się nieco na północ od zabudowań wioski, dojście przez wioskę bez problemów. A na niej czeka trochę skałek, pas białego piasku i morze z wodą o temperaturze prawie 30 stopni. Bajka!

DSCF1389_wm

DSCF1390_wm

DSCF1447_wm

DSCF1391_wm Rafa znajduje się w pewnym oddaleniu, ale popływać można i nacieszyć się słońcem. Byle nie za długo. To jednak prawie równik i operacja promieni potężna! Po południu obiadek w knajpie- ryba prosto z morza za jedyne 10000 rupii , do tego oczywiście pyszny koktajl z mango. Potem długie rozmowy z bywalcami przybytku. Takich knajp znajdziecie tu mnóstwo. Popatrzcie na zawieszone wokół tarasu „transparenty” z widokiem ryb, kurczaków i będziecie mieli obraz tego, co za przybytek mieści się za nimi. Następnego dnia wyruszam na wyspę Tomia. Mieści się tam Tomia Dive Center, z nimi zanurkuję. Łódź na wyspę odpływa z przystani w wiosce Bajo. Bajo to lud tzw.„cyganów morskich”. Pomny negatywnych uwag Indonezyjczyków nie zwiedzałem tej wioski zbyt dokładnie, a to był pewien błąd. Polecam spacer po niej i obserwację życia Bajo. Oczywiście proszę o takt i zrozumienie dla tych ubogich ludzi. Raczej niewielu mówi po angielsku, ale podstawowa znajomość indonezyjskiego (bardzo prosty język, warto podstaw się nauczyć przed podróżą) pomoże w interakcji. Po krótkim spacerze ładuję się na łódź. Odpływamy oczywiście z opóźnieniem, a sama łódka sprawia wrażenie, jak by miała za chwilę się rozpaść. Na szczęście morze jest jak lustro. Pogoda piękna, a widoczność… z pokładu widziałem dno 30 m niżej. W porcie Tomia oczekuje na mnie dr Yudi. Jest on właścicielem Tomia Dive Center. Znalazłem jego centrum na Tripadvisorze. W świadomości ludzi Zachodu na Tomia istnieje tylko jedno centrum nurkowe – resort będący własnością szwajcarskiego inwestora z tzw. „wysokimi standardami”,własnym lądowiskiem dla helikopterów, powitalnym drinkiem podawanym przez kelnera w liberii i cenami na poziomie 500 USD za dzień nurkowy (dwa nury). Ech… jest tam jednak jeszcze jedno centrum. Małe, czysto indonezyjskie, nie reklamujące się zbytnio. Mają jednak stronę: http://www.tomiascubadive.com , rzadko aktualizowany blog: http://tomiadivecenter.wordpress.com i kilka opinii na Tripadvisor: http://www.tripadvisor.com/Attraction_Review-g3526347-d3626535-Reviews-Tomia_Scuba_Dive-Wakatobi_Island_Central_Sulawesi_Sulawesi.html . Zachęcony nimi napisałem tam pięć miesięcy wcześniej i ustaliłem cenę pakietu nurkowego. Za 400 USD dostaję 5 dni nurkowych: 10 nurów, zakwaterowanie, wyżywienie i jeden dzień dodatkowo na zwiedzanie wyspy. Robi to wrażenie znając koszty, które niesie moje hobby. Cena ta jest owocem niewielkich negocjacji, ale w zamian za nurkowanie w jednym z najlepszych miejsc na świecie jest wprost fenomenalna. Dr Yudi oczekiwał zaliczki. Tę przesłałem przelewem z Polski- nie bez kłopotów – pierwszy przelew do Indonezji w historii oddziału mojego banku ;-). Mailowo ustaliliśmy datę mojego przybycia. Doktor czekał już w porcie. Jest Jawajczykiem, a na Tomia prowadzi swoją praktykę lekarską. No i nurkuje. Nurkuje dużo i robi to profesjonalnie. Swoje centrum założył wraz z miejscowym wspólnikiem, zatrudnia też trzech divemasterów. Miejscowych, z doświadczeniem i doskonałą znajomością miejsc nurkowych. To dzięki nim zobaczyłem, co zobaczyłem. Z centrum współpracuje penginapan Abi Jaya. Tam mieszkam i stołuję się. Kapitalna kuchnia: owoce morza, ryby,  jedne z najlepszych, jakie jadłem w życiu, do tego bardzo dobry poziom. Ale esencją mojego pobytu tam są nurkowania. Centrum nie jest duże, oprócz mnie nurkuje tylko Steven ze swoją partnerką. Steven jest z USA, ma spore doświadczenie i nurki dla niego to sens życia. W trakcie mojego pobytu dociera tu jeszcze sympatyczna para z Niemiec i Holendrzy. Zaleta takiego kameralnego składu jest brak tłoku pod woda i divemaster praktycznie na wyłączność 😉 Zaczynam następnego dnia.
DSCF1400_wm

DSCF1408_wm

DSCF1422_wm
Nurkujemy tylko z łodzi. Cały sprzęt, praktycznie nowy wypożyczam z centrum. Pogoda cudowna, a miejsca nie zawodzą. Zaczynamy na prostym podwodnym stoku w miejscu o nazwie Waha Bay. Na 20 metrach piasek, na nim płaszczki a nad nim mnóstwo drobnicy. Widoczność kapitalna, rafa zaczyna się niedaleko i jest OBŁĘDNA! To jeszcze nic w porównaniu z tym, co zobaczę w kolejnych dniach. Miejsce dla mnie idealne na rozruszanie, totalnie łatwe. W zasadzie da radę tam każdy, nawet początkujący nur. Zero prądów i niebezpieczeństw technicznych. Za to ogrom życia pod wodą: ukwiały i błazenki w nich zamieszkujące, cranaxy, papugoryby, wargacze, płaszczki, mnóstwo drobnicy.


Jeszcze tego samego dnia przenosimy się kilka mil dalej, do miejsca nurkowego naprzeciw plaży Kolossoha. Tu znajduje się szereg podwodnych grzbietów i dolinek, gdzie można spotkać między innymi węże morskie i to w bardzo dużej ilości. Są to jedne z najbardziej jadowitych gatunków, ale spokojnie, nie są agresywne a budowa ich aparatu gębowego praktycznie uniemożliwia ugryzienie człowieka.

Żyje tu też samotna barakuda, udaje nam się ją zobaczyć. Dr Yudi wspomina, że zawsze jest w tych okolicach. I tam ją odnajdujemy.
Kolejny dzień to Pocket- dość spokojny ogród koralowy. Żyją tu między innymi: napoleony i sporo drobnych ryb, zwłaszcza z angielska zwane batfish. Po południu pierwsze trudniejsze wyzwanie w okolicach: Teluk Maja. Jest to podwodny stok z koralowcami rosnącymi na wznoszących się tarasach. Panuje tu silny prąd, o określonych porach nawet bardzo silny. Potrafi praktycznie ściągać elementy wyposażenia nurkowego z człowieka. Mnie „złamał” płetwę. Jest też o tyle niebezpieczny, że działa pionowo. Potrafi w kilka sekund wywalić na powierzchnię lub ściągnąć w dół, a to może być nieciekawe. Jedyny sposób na niego to trzymanie się blisko ścianek z lewej strony grzbietu.

6197753478_7368327707_o
Następnego dnia nurkujemy na ścianie Magnifica. Zaczyna się ona na głębokości ok . 100-120 m, ale tak głęboko nie schodzimy. Bogactwo życia tutaj poraża, ale prądy też są potężne. Kipiel widać już z powierzchni. Jest to jedno z nielicznych miejsc na Wakatobi, gdzie pojawiają się regularnie rekiny. Nie jest jednak łatwo je dostrzec. Najczęściej żerują na dużych głębokościach. Mnie się to udaje ,ale na krótko niestety. Po południu płyniemy w miejsce, które wywarło na mnie szczególne wrażenie – Dunia Baru. Jest to podwodny kanion, dość szeroki, z jednej strony zamknięty ścianą korali, a drugim zboczu ze sporą ilością ogromnych rozmiarów gąbek. Żyją w nich mureny, spotyka się tu skorpeny, crockodile fish, a bliżej zbocza przepiękne skrzydlice. Jako miłośnik muren, kongerów, skorpen, szkaradnic i płaszczek czuję się tu znakomicie. Aż nie chce wychodzić się na powierzchnię! Do tego miejsce ma niesamowity krajobraz, nawet jak na podwodne standardy.


Kolejny dzień to poznawanie podwodnych grzbietów. Najpierw znany z żółwi morskich Teluk Waiti. Jest tu też cała masa wyzwań dla makro fotografów. Ślimaki nagoskrzelne, stożki i krewetki aż proszą się o uwiecznienie.

Dzień zamykamy na Barrakuda Point, gdzie znajdujemy ławicę barakud. Trzeba uważać i nie zbliżać się zbytnio. Na ryby te drażniąco działają wszelkie błyski i odbicia, nawet jasne elementy wyposażenia nurkowego.


Ostatni dzień to już spokojne nurkowania, poznaję z innej strony Kolossoha i Waha. Robią tak samo potężne wrażenie. Nie brak tu makro życia i płytkich raf, gdzie gra światła dodaje im uroku.


Kończą się moje nurkowania, ale to jeszcze nie koniec przygody z wyspą Tomia. Na ostatni dzień pobytu planuję objazd wyspy na skuterze. Zaczynam tu, gdzie mieszkałem, czyli w Waha, największym miasteczku na wyspie. Jedyną dobrą droga kieruję się najpierw na południe, mijając charakterystyczne wzgórze z masztem telekomunikacyjnym. Na wysokości resortu, o którym wspominałem wcześniej odbijam w drogę wiodącą w głąb wyspy. Otwiera się stąd piękny widok na ocean i sąsiednie wyspy, zwłaszcza Binongko.

Środek wyspy porasta las. Niestety, mamy koniec pory suchej, która w tym roku była wyjątkowo „sucha”, więc zamiast eksplozji zieleni mamy mocno pożółknięte liście i sporo zwiędłej roślinności. Żyje tu na co dzień rzadki gatunek ptaka – kakadu żółtolica, niestety, by ją wypatrzyć trzeba czasu, a tego niestety mi brak. Dojeżdżam do Tiruan na końcu wyspy, powrót planuję przez jej środek. W małej wiosce Tano trafiam na imprezę, na której ostatecznie ląduję. Okazja jest dla Europejczyków dość nietypowa, bo miejscowi świętują rocznicę śmierci i pogrzebu zasłużonego członka społeczności. Stoły stoją w poprzek drogi i chcąc nie chcąc każdy podróżny musi się zatrzymać i skorzystać z zaproszenia. Poznaję tam nauczycielkę z miejscowej szkoły, a informacja, iż jestem gościem doktora Yudi sprawia, że atmosfera staje się jeszcze bardziej przyjazna.
DSCF1439_wm

DSCF1442_wm Gdyby ktoś odwiedzał to miejsce tuż po porze deszczowej lub podczas niej, warto poprosić miejscowych, by pokazali wodospad i jeziorko w lesie. Uczynią to chętnie, ale w czasie mojego pobytu z powodu suszy wodospad był praktycznie niewidoczny. Ludzie na Tomia są totalnie serdeczni i ciekawi przyjezdnych. Widać to na każdym kroku. Do Waha wjeżdżam już od drugiej strony. Jeszcze tylko kolacja i relaks. Następnego dnia odpływam do Bau Bau na wyspie Buton. Kilka uwag na sam koniec: Wyspa Tomia jest najmniejsza, ale najciekawsza nurkowo z czterech głównych wysp Wakatobi. Główny ośrodek to Waha, gdzie przypływają łodzie. Na całej wyspie jest kilka domów gościnnych, gdzie można skorzystać z noclegu. Polecam kontakt z Tomia Dive Center- pomogą załatwić łóżko nawet nienurkującym, można również we własnym zakresie pytać o to w porcie. Na wyspie znajduje się również duży resort, ale zamknięty dla ludzi zewnątrz i  dość drogi. Goście go nie opuszczają, więc zbyt wielu białych na wyspie nie spotkałem. Jest do wyboru sporo plaż, sam nie korzystałem z ich uroków, ale zainteresowani znajdą na pewno coś dla siebie. W zasadzie brak tu życia nocnego i wszelkich rozrywek. Jest kilka małych jadłodajni zamykanych wieczorem. Nie ma bankomatu, praktycznie brak zasięgu telefonicznego i internetu. Prąd jest tylko kilka godzin dziennie. Wspinając się na wzgórze z przekaźnikiem jest szansa, że złapiemy internet w telefonie, ale prędkość będzie bardzo mała. Jest bardzo bezpiecznie.Tak samo na pozostałych wyspach. Praktycznie każdy zna każdego. Same wyspy są wprawdzie mocno muzułmańskie, ale islam indonezyjski nie ma nic wspólnego z agresją czy prawem koranicznym. Można spokojnie pić piwo i opalać się w bikini-  miejscowa młodzież czyni to bez specjalnego skrępowania. Gościnni mieszkańcy pomogą w poznaniu wszelkich atrakcji wyspy. Jeśli już tam dotrzecie, na pewno się nie zawiedziecie!

( Część zdjęć podwodnych w artykule zawdzięczam pomocy moich „partnurów” i znajomych: Markusa Fritze i Stevena Neuerbruga. Dziękuję!)

I wanna say: THANK YOU SO MUCH to my diving partners: Markus Fritze from Germany and Steven Neuerburg from Las Vegas for sharing me part of underwater photos. Good luck Guys!

  • Świetna relacja, aż chce się pojechać (popłynąć?) choć kawałek dalej… do tego zdjęcia zapierają dech w piersi- zwłaszcza nieznane przeze mnie morskie istoty. Czekam na więcej- a do tego postu na pewno jeszcze wrócę 🙂 pozdrawiam!

    • Dziękuję! Warto, to miejsce jest trudno dostępne i troszeczkę trzeba pokombinować nad niedrogim sposobem by tam dotrzeć, ale naprawdę warto. Tam naprawdę jest jak w wielkim akwarium… Pozdrawiam i zapraszam 🙂

  • Rewelacja, prawdziwy podwodny raj 🙂

    Jakim sprzętem robiłeś zdjęcia pod wodą?

    • Część zdjęć to moi partnurzy zrobili 😉 Canon PowerShot 850 był tu w użyciu, a zdjęcie barrakud to klatka z zapisu kamery Intova nalezącej do Stevena. Ale na dzień dzisiejszy polecałbym już nieco inny układ. Na głębokie zanurzenia Fuji X-T1 w obudowie podwodnej z doświetleniem. A na mniejsze głębokości Nikon AW130, sprawdzają się lepiej niż ten Canon. Wtedy jednak ich nie było…