Pożegnanie z Gozo.

Wszystko co piękne ma swój koniec, niestety. Dopadł nas ostatni dzień na Gozo. Zaczął się nietypowo jak dla tej wyspy paskudną mglistą pogodą.Obraz 284_wm

Podobno w maju taka trafia się tam raz na 10 lat, ale pewności nie mamy 🙂 Jednak po kilku godzinach sytuacja zmieniła się na tyle, że mogliśmy ruszyć. Naszym celem była miejscowość Qala, w pobliżu której znajduje się zatoka Hondoq, popularna wśród gozitańczyków i mało znana turystom. Można tam popływać, poleżeć i cieszyć się widokami na Comino z jego słynną Blue Lagoon.

Jedziemy z Marsalforn autobusem. Gozo ma swoją siec autobusów których centralnym punktem i miejscem przesiadek jest dworzec w Victoria. Jedyna linia która go omija to 322 z Mgarr do Marsalforn i właśnie tą linię wybieramy. W odróżnieniu od autobusów na Malcie te na Gozo wywarły an nas wrażenie bardziej punktualnych i nieco mniej zatłoczonych. Obecnie już obowiązują wspólne bilety dla Malty i Gozo, podczas naszego pobytu dla każdej wyspy były jednak oddzielne. W Qala wysiadamy przed południem i od razu kierujemy się według mapy do zatoki Hondoq. Idziemy spokojną ulicą, o drodze mijając zabytkowy kościół i wille mieszkańców. W jednej z nich ukrywał się podobno słynny Salvatore „Toto” Riina, ojciec chrzestny mafii sycylijskiej, jednak zapytani miejscowi niewiele na ten temat mówią. Mafia do dziś traktuje Gozo jako swoje miejsce „alternatywnego wypoczynku” 😉

Sama zatoka Hondoq robi na nas dobre wrażenie. Ludzi nie ma dużo, woda jest nieco zimna i kąpiel utrudniona, za to widoki przednie.Obraz 296_wmObraz 300_wmObraz 302_wm

Po jednej stronie zatoki nurkowie, gdyż miejsce dobrze nadaje się do zrobienia pierwszych stopni nurkowych, po drugiej wielkie kamienie, na których znajdujemy swój kąt, w środku oddający się rozrywkom plażowym miejscowi. Na próbujących się kąpać czekały, oprócz zimnej wody, takie atrakcje jak przyklejające się do ciała ośmiornice. Jedna taka wzbudziła duże poruszenie na plaży przyklejając się strategicznie jednej z pań i wywołując chęć niesienia pomocy ze strony miejscowych lovelasów 🙂 Jednak poza ośmiornicami nic nie mąciło spokoju wypoczywających, więc i my oddawaliśmy się błogiemu lenistwu. Co jakiś czas zerkaliśmy w stronę Comino, gdzie w Blue Lagoon zabawa trwała w najlepsze.Obraz 303_wmObraz 305_wmObraz 306_wm

W oddali widzieliśmy brzegi Malty, na której następnego dnia się znajdziemy. Z zatoki Hondoq na Comino mają pływać podobno jakieś łódki, jednak żadnej takiej wtedy nie widzieliśmy, możliwe że przypływają tylko w określonych godzinach lub nie pływają poza  ścisłym sezonem.

Dla nas czas relaksu powoli się kończy. Wracając cieszymy oczy kwiatami, rosnącymi na tej wyspie w większej ilości niż na Malcie. Ogólne Gozo jest bardziej zielone i „żywe”.

Obraz 310_wmObraz 307_wm

W Qala natrafiamy na pogrzeb. Sądząc po „oprawie” ceremonii i wielkości konduktu śmierć spotkała kogoś znacznego. Omijamy go i idziemy bezpośrednio na przystanek. Krótki pościg za autobusem i wracamy do Marsalforn. Trzeba przygotować się do jutrzejszego wyjazdu. Wieczorem jeszcze krótki spacer i ostatnie spojrzenia na miasto z okien naszego pokoju.

Obraz 290_wm

Następnego dnia rano zostawiamy za sobą gościnne progi naszego mieszkania i udajemy się na przystanek. Autobus już czeka. Ja trochę niczym wielbłąd, bo i plecak z rzeczami osobistymi, i 20 kg sprzętu nurkowego w osobnej torbie. W środku już dwie osoby, luźno wygłaszane komentarze gęsto okraszone „k…wami” wskazują nam kraj pochodzenia, strój i tematyka rozmów wskazuje na młode tygryski korporacyjne na wakacjach. Miejsce na duży bagaż w autobusie oczywiście zajęte przez malutkie plecaczki, torebki i inne drobiazgi należące do pary. Trzeba Wam wiedzieć drodzy czytelnicy, że maltańsko-gozitańskie autobusy nie wymagają by płacić w nich za bagaż, ale ich kierowcy i kultura połączona z szacunkiem wobec współpasażerów chce by duże bagaże umieszczać w specjalnie do tego przygotowanych miejscach (klatkach) a małe na kolanach. Oczywiście moje prośby o zrobienie miejsca są ignorowane lub kwitowane głupimi uśmieszkami, pomaga mi kolejny współpasażer – słusznych rozmiarów afrykanin, próbujący upchnąć swoją walizę. Wspólnie użyliśmy „języka” zrozumiałego dla bufonów. Tu moja prośba: drogie korposzczury: ja wiem  że „wyścig”, że „silniejszy wygrywa”, że „należy się jak psu buda” itp, ale zrozumcie jedno: w kraju w którym jesteście gośćmi, szanujcie zasady gospodarzy, nawet te pozornie drobne, nawet te „drętwe” komunikacyjne, naprawdę zwyczaje dziczy warto zostawić za sobą. Cieszcie się urokami wakacji i dajcie cieszyć się innym. Dobra, dość tych moralitetów…

Jedziemy do Mgarr, szybko na prom i wkrótce Gozo ostaje za nami. Jaka była dla nas ta wyspa? Po pierwsze: znacznie bardziej „przyjazna” niż Malta, mimo że i tej ostatniej nie ma czego zarzucić. Gozo jest spokojniejsze, ludzie żyją tu wolniejszy tempem. Jest sporo zieleni, w końcu to „spiżarnia” wysp maltańskich. Przybysze spotykają się tu z serdecznością i otwartością, a gdy zejdą z utartych szlaków z niekłamanym zainteresowaniem i chęcią niesienia pomocy. My opuściliśmy wiele miejsc z typowej trasy turystycznej. Czy żałujemy? Nie, jest powód by wrócić i odwiedzić np cytadelę w Victoria czy bazylikę Ta’Pinu. To miejsca które warto zobaczyć mimo sporej liczby odwiedzających je osób. Na eksplorację czeka też wybrzeże pomiędzy Dwejra a Marsalforn, tym razem nie starczyło nam czasu. Szukaliśmy miejsc ze swoistym urokiem, ale oddalonych nieco od głównych celów przybywających na wyspę turystów. Nie śmigaliśmy odkrytymi autobusami dla emerytów, nie właziliśmy na Azurre Window, nie leżakowaliśmy na Ramla. Opisy takich działań jednak znajdziecie łatwo w necie, nam zależało na „posmakowaniu” odrobiny Gozo po naszemu. Komu się tam spodoba? Wielbicielom ciszy, autentycznej kultury wysp maltańskich, miłośnikom ciekawego jedzenia i nurkom. To na pewno. Ale Gozo zaprasza wszystkich. Nie śpieszcie się! Odkryjcie tę wyspę po swojemu, a ona na pewno się odwdzięczy.

Dla nas zaczyna się kolejny tydzień na Malcie, ale to już temat na kolejny wpis… 😉