Maninjau i …żegnaj Sumatro!

Ranek powitał mojego przewodnika i mnie pochmurną pogodą. Liczyłem na piękną panoramę naszego celu, czyli jeziora Maninjau, czasami podobno udaje się zobaczyć jezioro, a między górami w oddali Ocean Indyjski, jednak tym razem nie było mi to dane. Chmury wisiały na wysokości naszych oczu, a samo jezioro w dole było słabo widoczne.

Schodziliśmy nad nie prawie trzy godziny. Samo zejście wiedzie przez piękną dżunglę, już od rana słychać w niej „śpiew” gibbonów, widać mnóstwo ptaków, ale jest to też miejsce z olbrzymią ilością pijawek, sam z siebie zerwałem ponad czterdzieści sztuk. Nie są one groźne, ale wrażliwym osobom polecam częste przeglądy ciała. Im bliżej jeziora, tym więcej przejawów aktywności ludzkiej. Pola ryżowe, sady, szpalery palm kokosowych, gdzie do zrywania owoców używa się tresowanych małp. Pięknie! Zaraz po zejściu rozliczam się z przewodnikiem, funduję jemu i sobie solidne śniadanie i żegnamy się w dobrej komitywie.
Spać nad jeziorem mam zamiar w polecanym przez wielu backpakersów miejscu o nazwie Lili’s Pad. Miała je prowadzić obywatelka Nowej Zelandii, a samo miało cechować się fajną atmosferą. Gdy tam wszedłem nie zastałem żywego ducha. Trochę niepokojące. Wkrótce pojawił się człowiek podający się za pracownika. Miał rzeczywiście klucze, stwierdził że właścicielka czasowo wyjechała i większość obsługi ma wolne, ale gdy zechcę zostać on może pokazać mi domek. Idziemy nad jezioro i wybieram jedną z chatek, jest czysto, stan domku OK, więc się decyduję, ale ciągle niepokoi mnie brak jakichkolwiek innych mieszkańców. Miejsce miało być popularne wśród podróżników. Czyżby wszystkich wygoniły wiadomości o trzęsieniu ziemi? Na zastanowienie i odpowiedź przyjdzie czas później. Tym czasem zbieram się w poszukiwaniu kafejki internetowej. Wiadomości o trzęsieniu i tsunami już dotarły, miałem tydzień przeznaczyć na wyprawę na Siberut, gdzie żyje plemię Mentawai, jedno z ostatnich pierwotnie funkcjonujących plemion Azji. Niestety jak się dowiaduję w obecnej sytuacji jest to niemożliwe. Mogę tydzień spędzić w Pandang, ale mogę tez porozumieć się z linią Air Asia i z niewielką dopłatą opuścić wcześniej wyspę. Dało by mi to kilka dni w Kuala Lumpur. Jest jeszcze trzecia opcja – Gunung Kerinci, park narodowy z najwyższą górą Sumatry. Ale okazuje się na tyle trudna logistycznie, że mógłbym w tydzień nie zdążyć z powrotem. Decyduję się więc na wcześniejszy lot do Malezji i kilka dni w stolicy tego kraju. Póki co odpoczywam, leżakuję, pływam sobie w Maninjau, obserwuję prace rybaków i jest pełen luz.

Pierwsza noc mija spokojnie, choć na terenie ośrodka ku mojemu zdziwieniu jestem ciągle sam, zero obsługi i gości. Następny dzień poświęcam na spacery, drobne zakupy. Zjadam durian. Każdy, kto choć trochę miał do czynienia z Azją, słyszał zapewne, bądź próbował tego owocu. Niektórzy nazywają go ich „królem”. Dla ogółu jest to jeden z największych „śmierdzieli” wśród roślin, jego wnoszenie do zamkniętych pomieszczeń jest w wielu miejscach zakazane. Zapach rzeczywiście okropny. Smak – cóż – nie zaliczę go do moich ulubionych owoców, coś przypominającego słodką cebulę, o konsystencji budyniu. Niby nie odrażający, ale to jednak nie to. Mimo wszystko polecam choć raz w życiu spróbować by wyrobić sobie swoje zdanie. W Polsce duriana nie spotkałem, ale w Wielkiej Brytanii i Holandii widziałem że można je kupić, choć nie było to łatwe.


( Zdj. Mohd Hafizuddin Husin)

Na noc wracam do LiLi’s i wtedy wiele się wyjaśnia. Po powrocie zastaję imprezę w której udział biorą miejscowi. Bynajmniej jednak trudno ich nazwać sympatycznymi typami. Pojawia się i „opiekun” miejsca, nawalony jak petarda 😉 jednak jako „dobry muzułmanin” jak stwierdził, woli haszysz niż alkohol. Cóż, chyba nie do końca był takim „dobrym”, bo i haszysz nie jest za mile wśród muzułmanów wdziany. Impreza jest bardzo głośnia, a towarzystwo dość agresywne. Zapraszają i częstują. W Indonezji kontakt z handlarzami i sprzedawanym przez nich towarem może się bardzo źle skończyć, więc definitywnie ucinam dyskusję i oświadczam ze idę spać. Nie są zadowoleni, ale i nie nawołują natarczywie do powrotu. Wszystko skończyło się dość szybko, ale rano przywitała mnie policja. Kto poznał czego potrafią w Indonezji dokonać jej funkcjonariusze, wie że to niekoniecznie pożądany kontakt. Ich łapownictwo jest wręcz legendarne, a i prawo potrafią interpretować „po swojemu”. Tym razem jednak jest wręcz miło. Panowie zapraszają mnie na pomost nad jeziorem i ucinamy sobie krótką pogawędkę. Informują mnie o tym, ze ośrodek już faktycznie nie funkcjonuje jako miejsce noclegowe dla turystów. Lili wyjechała do Nowej Zelandii, a ośrodek prowadzić miał jej indonezyjski wspólnik. Jednak ten szybko zrobił z niego melinę szemranego towarzystwa. Właśnie ostatniej nocy byłem tego świadkiem. Turyści już tam nie nocują i panowie proponują bym dla własnego bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia wyprowadził się jak najszybciej. Dziwi mnie to bo widzę domki w dobrym stanie, gotowe do wynajmu, jednak dyskutować nie zamierzam. Brak innych nocujących świadczy, ze opinia o tym miejscu jest już znana. Pakuję się i jedziemy razem do miasteczka. Tam miejscowi potwierdzają. Lili’s Pad to miejsce którego należy unikać. Z tego co czytałem później, do dziś już nie istnieje, choć podobno ktoś chciał je niedawno wskrzesić. W samym Maninjau proponują mi kilka hoteli, jednak ten dzień i tak miał być moim ostatnim.
Wracam już busem do Bukittingi, a stamtąd jadę „dzieloną taksówką” czyli taksi z kilkoma przygodnymi pasażerami do Padang, skąd następnego dnia odlecę do Malezji. Jeszcze tylko odprawa na tamtejszym lotnisku, notabene, mimo że małe i prowincjonalne, zrobiło na mnie dużo lepsze wrażenie niż mój „prawie rodzinny” Kraków Airport, i Airbus AirAsia zabiera mnie do Kuala Lumpur. Żegnaj Sumatro!

W tym miejscu powinny się pojawić podsumowania, kosztorysy itp. Jednak zdecydowałem się tego nie zamieszczać. Moja wyprawa miała miejsce już kilka lat temu, od tego czasu sytuacja cenowa zmieniła się dynamicznie. Również komunikacja wygląda inaczej, także atrakcje i ich dostępność się zmieniają. Zostawię jedynie kilka uwag.
Po pierwsze: przy organizacji wyjazdu polecam tradycyjnie fora internetowe. Polski Travelbit czy anglojęzyczne Thorntree na pewno pomogą w planowaniu i realizacji podróży.
Po drugie: Waluta. Polecam zabrać ze sobą euro, wymiana jest łatwiejsza niż w przypadku dolarów amerykańskich, gdzie trzeba zwracać uwagę na stan i rocznik banknotów, a i kursy jak zauważyłem są podobne na obszarze całego archipelagu (Bali i jego „lewe” kantory są wyjątkiem). Można ze sobą mieć karty bankomatowe, ale nie polecam pokładania zaufania tylko w jednej karcie. Zdarzają się liczne awarie bankomatów, problemy ze zwrotem karty i zwykłe oszustwa. Jeżeli już, warto zabrać kilka kart.
Po trzecie: Noclegi. Jest o nie łatwo. Na Sumatrze znajdziemy coś w każdym standardzie, dominują niedrogie hoteliki i pensjonaty. Nie ma potrzeby rezerwacji z Polski, jednak obecnie ceny za najbardziej proste pokoje to minimum 50 000 – 100 000 rupii, oczywiście im wyższy standard tym więcej, zachowajmy jednak świadomość że to ciągle nie są najwyższe kwoty.
Po czwarte: Jedzenie. Tanie i proste posiłki dostaniemy wszędzie bez problemu. Dominuje nasi goreng, czyli smażony ryż z warzywami i przyprawami, mie goreng, czyli makaron w takim samym wydaniu. Jest też bakso – rodzaj sycącej zupy, gado gado – smażone warzywa. Za każde z tych dań zapłacimy ok 10 000 – 15 000 rupii, można trafić i taniej. Za przepyszne ryby nad Toba czy Maninjau zapłacimy ok 50 000 rupii za porcję, a rendang, czyli ostra wołowina z rejonu Padang będzie kosztował nas ok 100 000 rupii. Dużo zależy od miejsca konsumpcji i wielkości porcji. Polecam świeże owoce i soki owocowe. Powszechnie dostępne i tanie. Piwa kilka rodzajów, ale dominuje Bintang, obecnie kosztuje ok 30 000 – 40 000 rupii za butelkę. Czyli drogi.
Po piąte: Komunikacja. Sumatra ma dobre połączenia lotnicze zarówno z miastami Jawy, zwłaszcza stolica, jak i całkiem niezłe z Kuala Lumpur, są tez loty wewnętrzne, szczególnie przydatne przy przemieszczaniu się pomiędzy Medan a Padang czy Banda Aceh. Komunikacja lądowa mimo że powszechnie dostępna, jest powolna i uciążliwa. Warunki drogowe na Sumatrze nie są najlepsze. Ceny nie są jednak wysokie. Indonezja to kraj niedrogiej komunikacji.

  • Piękne zdjęcia, ale nie myśleliście,żeby jednak dać jasne tło i ciemne litery? Niezbyt dobrze się czyta…..