Malta i Gozo 2015. Ruszamy!

Nasz ubiegłoroczny, krótki pobyt na Malcie zachwycił nas tą wyspą. Za chwycił na tyle, że postanowiliśmy wrócić. Plan zakładał pojawienie się na niej dokładnie rok po pierwszej wizycie. W międzyczasie odbyłem samotną podróż do Indonezji, z której relacja pojawi się także na tym blogu, a plan na Maltę uległ lekkiej modyfikacji i objął także tydzień pobytu na Gozo. Bardzo chciałem połączyć go z nurkowaniem tam, i kilka nurów udało mi się zrobić. Z kolei Myszę ucieszyła spora liczba praktycznie bezludnych szlaków pieszych i fascynujące zatoczki z krystalicznie czystą wodą. To były dla nas wspaniałe dwa tygodnie, i postaram się Was zachęcić do odwiedzenia tych wysp. Warto!

Wylatujemy tym razem także z Krakowa 16 maja 2015. Lecimy linią Ryanair, ale tym razem biletów w tak niskiej cenie jak w minionym roku nie udało się zdobyć, jednak dramatu nie było, 179 zł za osobę w jedną stronę było najlepszą ceną jaką upolowałem. Oczywiście z Gdańska czy Warszawy trafiały się ceny dużo niższe, jednak ani terminy, ani konieczność dojazdu na te lotniska nam nie odpowiadały. Zostaliśmy przy Krakowie. Wylot mamy wcześnie, już po 6 rano, więc decydujemy się na noc w krakowskich knajpach i późniejszy krótki odpoczynek na lotnisku. Właśnie, spanie na lotnisku. Z pozoru wygląda strasznie, ale spokojnie, to nic groźnego! Wiele osób podróżujących budżetowo wybiera taką opcję, często decydują oszczędności, czasami po prostu wygoda. Zapytacie jaka „wygoda” może być w spaniu na lotnisku? Ano taka, że nie trzeba tłuc się do hoteli, niekiedy oddalonych od niego na kilka godzin snu, można spokojnie wypocząć na lotnisku na tyle by funkcjonować. Jedne lotniska są do tego przystosowane świetnie (Porto, Singapur-Changi czy Seul) Inne są wręcz wrogie i nie ułatwiają tego podróżnikom (Charleroi, Manila). Chcąc wiedzieć coś więcej o tym, jak takie spanie zorganizować i które lotniska są przyjazne, rzućcie okiem na stronę http://www.sleepinginairports.net/ , znajdziecie tam rankingi, opinie śpiących i informacje. My kilka godzin spędzamy samotnie na hali odlotów krakowskiego lotniska, nie niepokojeni przez nikogo, i rankiem spokojnie ładujemy się na pokład samolotu. Tym razem mamy bagaż rejestrowany, a w nim sprzęt nurkowy. W drodze powrotnej pomoże zabrać niektóre produkty żywnościowe, których przewóz w podręcznym przez „mądre inaczej” dyrektywy UE jest utrudniony.

Na Malcie lądujemy ok 9, tym razem nie mamy transportu do hotelu. Zdecydowaliśmy się na jedną noc w hotelu w Bugibba. Miała nam ona dać regenerację po locie i wprowadzić w klimat maltański, ale jak się okazało to nie była dobra decyzja. Nim się tam znajdziemy, jedziemy autobusem X4 do Valetta. Szybki spacer po tamtejszych ogrodach, wczucie się w klimat miejsca i wsiadamy znów do kolejnego autobusu. Tym razem kończymy podróż na dworcu w Bugibba. Trzeba odnaleźć hotel. Samo miasteczko nie jest bynajmniej „przyjazne”. Sporo tu turystów, każdy zajęty swoimi sprawami. My mamy adres i nadzieję na szybkie znalezienie hotelu. Idziemy ku promenadzie nadmorskiej, ale szukać nie jest łatwo. Pomaga nam najpierw niemiecka babcia, którą „wystraszyłem” nieco koszulką spirala w lekko posępne i mortualne wzory 😉 a później przemiła dziewczyna z Kanady. Trochę dzięki nim, trochę dzięki mapie odnajdujemy właściwą ulicę i numer. Nasz hotel to Relax Inn na Halel st. Znaleziony przez booking.com, ale szczerze mówiąc nikomu nie polecam. Zalety: jest dość czysty i położony blisko centrum i przystanku autobusu. Wady: no cóż… Wchodząc do hotelu wita nas recepcja. Gdy tam byliśmy były dwie panie. Jedna z Polski, ta widząc nas szybko się ewakuowała pozwalając sobie na kilka uwag pod nosem o tym jak to źle że musi pracować. W sumie to raczej przymusu nie ma, ale nic to.Po jakimś czasie pojawiła się dziewczyna z Malty i ta zechciała nas przyjąć. Na szczęście mieliśmy wydruk z booking.com, bo jak się okazuje w hotelu bez niego nie zostalibyśmy zameldowani, mimo iż nasza rezerwacja była w systemie. Ma być też wydruk i koniec. Po około pół godziny oczekiwania pojawia się polska księżniczka i prowadzi nas do pokoju, po drodze pozwalając sobie na kilka dalszych uwag. Dostajemy pokój od strony ulicy. Gdyby nie to, że byliśmy maksymalnie zmęczeni to sen byłby niemożliwy. Całą noc wrzaski, pijane towarzystwo z pobliskich knajp. Dominuje język polski i ukraiński. Takie same atrakcje aż do 4 rano na hotelowych korytarzach. Oczywiście słyszalne te dwa języki plus wrzaski dzieci. Co dzieci robią o 4 na korytarzach hotelowych? Bugibba stała się miejscem niezwykle popularnym wśród przybywających na Maltę. Ponieważ oczywiście wielu turystów uznaje że na wakacjach zasady ich nie obowiązują, jest jak jest. Raczej trudne miejsce dla szukających spokoju.

Rano pakujemy się do autobusu i bez żalu opuszczamy Bugibba. Kierujemy się na nabrzeże w Cirkewwa, skąd odpływają promy na Gozo. Autobus jak często to bywa na Malcie odjeżdża raczej lekko nie o czasie ;-), jest też mocno załadowany, więc na kilku przystankach zwyczajnie się nie zatrzymuje. Do terminalu promowego dojeżdżamy więc całkiem szybko. Promy na Gozo pływają co ok 45 minut, jeden właśnie odpływa, więc korzystamy z czasu i kupujemy bilety. tu ważna uwaga. Nie ma obowiązku kupowania biletów w kierunku na Gozo. Bilet jest potrzebny dopiero w drodze powrotnej. Kosztował on w maju 2015 4.65 euro, można go kupić już na Malcie, ale nie trzeba nikomu pokazywać przy wsiadaniu na prom, albo nabyć go dopiero w kasach an Gozo. Tam trzeba go odbić na bramkach. Po kilku minutach oczekiwania wsiadamy. Gozo, nasz cel to druga co do wielkości z wysp maltańskich. W przybliżeniu ma 9×16 km i jak wszystkie źródła podają jest bardziej zielonym, rolniczym zapleczem głównej wyspy. jest też bardziej tradycjonalistyczna i klimat tam przypomina maltański sprzed 30 lat. Właśnie tego szukamy i sprawdzimy czy jest to prawdą. Prom rusza. Po drodze mijamy Comino, gdzie otwierają się całkiem ciekawe widoki na wyspę.

Za skałami Cominotto widać Blue Lagoon. Przed nami natomiast port w Mgarr na Gozo (sprytna Mysz znajduje w przewodniku informację, ze „mgarr” znaczy po maltańsku po prostu „port” 😉 ) Lądujemy tam po niecałych 40 minutach rejsu. Naszym celem jest nadmorskie miasteczko Marsalforn, gdzie mamy wynajęty apartament. Wsiadamy w oczekujący przed terminalem autobus 322. Nasza przygoda z Gozo się rozpoczyna.