Jedziemy na Maltę! – Valetta po raz pierwszy.

Zanim po raz pierwszy znalazłem się na Malcie w 2014 r., jeszcze nie wiedziałem jak miłe wspomnienia ta mała wyspa, wraz z sąsiednim Gozo zostawi, i jak wielką chęć powrotu w nas wzbudzi. Sam pomysł wyjazdu i decyzja o locie była następstwem impulsu, który kazał mi spojrzeć na stronę tanich linii lotniczych Ryanair. Ogólnie czyniłem to rzadko, Ryan nie był moim faworytem jeśli chodzi o podróże, kojarzył się z tłumami wąsatych Marianów latających w stanie lekko wskazującym na londyńskie budowy czy zmywaki. Tym razem miał okazać się zbawienny. Znalazłem kilka biletów w doskonałej cenie 90 zł za przelot w okolicach maja – czerwca z Krakowa, co było fenomenalną ceną biorąc pod uwagę kierunek i okres. Szybka decyzja i bilety dla dwóch osób lądują na moim mailu. Oczywiście wcześniej nie spytałem Beaty czy da radę pojechać. Na szczęście okres pracy u „prywatnego przedsiębiorcy Januszka” miała już za sobą i urlop nie okazał się wielkim problemem. Podobnie i u mnie. Ucieszyło mnie to bardzo, bo planowałem z tym wyjazdem połączyć jeszcze coś, co na razie miało zostać niespodzianką…

Jedziemy na Maltę

Plan jest prosty: wylatujemy 4 czerwca, wracamy 7. Krótko. Ale równocześnie miało być intensywnie i chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Przed wyjazdem załatwiam karty Malta Pass (wersja 3 dniowa ze strony maltapass.com.mt), które dają szansę na darmowe zwiedzanie kilku obiektów i duże zniżki w innych. Załatwiamy też nocleg w apartamencie u Evgenii i Michaela, tu z pomocą przyszedł nam booking.com. Jak się okazało wybór był strzałem w 10! Gdyby ktoś chciał skorzystać podaję link do miejsca:

http://www.booking.com/hotel/mt/self-catering-flat.pl.html

Cena za cały pobyt to 100 euro, w cenie był transport z lotniska.

4 czerwca rano meldujemy się na lotnisku Kraków – Balice. Mimo negatywnych opinii o długości kolejek do security itp wszystko idzie sprawnie i o 10 siedzimy już w samolocie. Co wiedzieliśmy o Malcie przed lotem? Mała wyspa na środku Morza Śródziemnego, wielka historia, imponujące zabytki i klimat. Co nas zaskoczy? Zobaczymy…

Lot przebiegał spokojnie, samolot jak podobno bywa często na tej trasie pełny, po niecałych trzech godzinach lądujemy. Na lotnisku oczekuje na nas Michael. Pakujemy się szybko do jego Nissana i jedziemy do mieszkania. Po drodze opowiada całe mnóstwo historii, pokazuje miejsca zarówno historyczne, jak i praktyczne, rekomendując kulinaria i atrakcje wyspy.W miłej atmosferze dojeżdżamy do miejscowości Msida, która przez najbliższe dni będzie naszą bazą wypadową. Apartament, cóż, robi wrażenie:

…ale nas bardziej interesuje to co poza nim. Szybki prysznic i ruszamy do Valetty. Stolica Malty leży ok 2 km od Msidy, postanawiamy ten krótki odcinek pokonać piechotą. Dla Beaty jest to pierwsze w życiu spotkanie ze śródziemnomorskim słońcem, dla mnie powrót do klimatów okołoarabskich. Malta mimo iż jest jednym z najbardziej katolickich krajów Europy, ma swój orientalny  urok. Ulice miast, charakter ruchu drogowego i zachowania ludzi to potwierdzają, i o drodze mamy okazję się wiele razy przekonać o tym. Po drodze podziwiamy Marinę, później nabrzeże i część murów Valetty.

Valetta

 

Do stolicy wchodzimy wczesnym popołudniem, daje to szansę spokojnego spaceru uliczkami, jako że tłumy wycieczek zorganizowanych udają się na lunch. Korzystamy, oglądając najpierw Operę, później idziemy w stronę Auberge de Castille. Budynek jest imponujący. Historia tzw „oberży” wiąże się z Zakonem Joannitów. To właśnie te budynki gościły przybywających do służby dla Zakonu rycerzy poszczególnych „nacji”. Niedaleko mieszczą się ogrody Upper Barracca, gdzie oczywiście się udajemy. Najbardziej rzuca się tu w oczy piękny widok na Grand Harbour, oraz oczywiście bateria salutacyjna, z której wystrzał usłyszeć można dokładnie w południe.

Kapitalny widok zamyka perspektywa fortu St Angelo w Birgu, po drugiej stronie zatoki. My udajemy się spokojnie wąskimi, klimatycznymi uliczkami wzdłuż wybrzeża. Mijamy maltańskie domy z charakterystycznymi zabudowanymi balkonami. Jest spokojnie, turystów tu niewielu. Dochodzimy po kilkunastu minutach do ogrodów Lower Barracca. Miejsce totalnie spokojne i urzekające. Ogólnie w Valetta jest mało miejsc zielonych, to zresztą „przypadłość” całej Malty, tym bardziej cieszy że możemy się tam znaleźć i to praktycznie sami.

Z Lower Barracca udajemy się w stronę fortu St Elmo. To jedno z najważniejszych miejsc dla historii Malty. To właśnie jego bohaterska obrona pomogła powstrzymać Turków w 1565 roku, a w konsekwencji ocalić basen Morza Śródziemnego przed dominacją osmańską. W forcie mieści się dziś muzeum. Niestety było zamknięte. Remont. Czas udać się w górę, bo Valetta ze swoimi uliczkami wcale nie jest płaska, ale to tylko dodaje jej uroku. Idziemy Triq Reppublicca, czyli Ulicą Republiki.To najważniejsza, reprezentacyjna ulica Valetty. Po drodze mijamy liczne kościoły, najbardziej imponującą katedrę Św Jana, oczywiście zatrzymujemy się też przed Pałacem Wielkiego Mistrza. Warte uwagi jest to, iż można tu spotkać maltańskich polityków przechadzających się bez ochrony czy licznej świty między ludźmi. Niech no coś takiego zobaczę w wykonaniu polskich „umiłowanych przywódców”!

… i po spacerze

 

Czas spaceru dobiega powoli końca. Idziemy w stronę dworca autobusowego. Ten najważniejszy dla całej Malty mieści się w pobliżu bram Valetty, startują stąd autobusy którymi można zwiedzić całą wyspę. Kupujemy bilet tygodniowy wart 6,5 euro. Od lipca 2015 roku obowiązują już nowe zasady nabywania biletów na Malcie, wtedy jednak mogliśmy się cieszyć budżetowymi przejazdami. Jedziemy autobusem do Sliema. Miejscowość ta połączona niejako z Paceville, a położona vis-a-vis Valetty jest centrum zakupowo rozrywkowym wyspy. My chcemy coś zjeść. jak się okazuje nie jest to łatwe. Lokale pełne są bardzo wesołych mieszkańców Albionu, trwa chyba jakiś mecz transmitowany na żywo, trudno o miejsce w tradycyjnych maltańskich lokalach, wchodzimy więc do Hindusa. Hmmmm… wszystko byłoby fajne, gdyby nie to że ten próbował nas oszukać w sposób wręcz sugerujący naiwność. Niby wszystko odbyło się z uśmiechem i tak tez się rozstaliśmy, jednak niesmak pozostał. To ułatwiło decyzję o wykorzystaniu kuchni apartamentu, co zresztą zaowocowało świetnymi daniami w wykonaniu Myszy 😉 . Najbliższe dni na pewno nie były „głodne i chłodne”. Ale to już inna historia 😉